Tytuł: Hellboy: The Right
Hand of Doom
Autor: Mike Mignola (scen.,
rys.)
Wydawca: Dark Horse Maverick
Liczba stron, okładka: ok. 145 stron, chyba miękka
Cena: ok. 50-60 zł
Rok wydania: 2000 (pierwsze
amerykańskie wydanie)
Mój soundtrack:...
Moja ocena: 7/10
Już wiem. To nie jest tak, że mam słomiany zapał. Po
prostu jako mężczyzna potrafię się skupić naraz tylko na jednej rzeczy. A że
talentów i zainteresowań mam multum, to i siłą rzeczy muszę czasem odkładać na
półkę jedne, żeby móc pooddawać się pozostałym. Dzisiaj na kole fortuny wypada
z powrotem komiks, więc po krótkiej masturbacji nad kolekcją, do której
niedawno powrócili Watchmen, przechodzę do spełnienia złożonej onegdaj
obietnicy opisania Hellboya.
Hellboy wydaje się być
ciekawym tematem do efektownej i nadętej analizy, bo tak się składa, że zarówno
ja, jak i oboje moich (ufam, że nadal) stałych czytelników zdawaliśmy się mieć
podobne odczucia odnośnie tego komiksu: niby fajny, nie no, naprawdę spoko, to
znaczy niby te pierwsze numery to takie średnio, ale potem się podobno
poprawia... Sam nie spieszę się z sięganiem po kolejne zeszyty, ale z drugiej
strony nie mogę powiedzieć, że nie lubię tej postaci. No więc czemu tak jest?
Right Hand of Doom to
drugi czy trzeci zeszyt stanowiący zbiór krótkich historyjek, pierwotnie
publikowanych na łamach jakiegoś tam magazynu Dark Horse, którego nazwę z
pewnością pamiętają prawdziwi fani. Mniejsza o to, ważne, że większość
opowieści zamyka się na kilku stronach. Inspirację do ich tworzenia Mignola
niejednokrotnie znajdował wśród strasznych baśni i legend z całego świata.
Jak byłem mały miałem taką
książkę „Baśnie z całego świata”, opracowaną raczej w duchu braci Grimm niż
dofinansowywanych przez Unię Europejską elementarzy uczących europejskich
wartości demokracji i tolerancji. Lektura Hellboya to jak powrót do tych
szczęśliwych dni. Dosłownie. Czytając nie mogę pozbyć się wrażenia, że diabeł o
spiłowanych rogach łazi z pistoletem po moim dzieciństwie. Moc sentymentu
bardzo pomaga Mignoli. Chwała mu za to, że potrafił te dziecinne koszmary
narysować tak, żeby nie wydawały się niedorzeczne (choć wiem, że niektórych
Baba Jaga jako słowiańska wiedźma-wampir drażni czy śmieszy). Nie
tak dawno temu zżymałem się, że autorzy Wolverine: Noir nie potrafili
uchwycić ducha Japonii w komiksie o Loganie i Mariko. Mignola potrafi idealnie
uchwycić nastrój każdego miejsca: Japonii, Nowej Anglii, Norwegii czy Rumunii.
Oczywiście, jego prezentacje polegają na stereotypach i właściwie wyłącznie na
nich, głębi w nich tyle, co w teatralnych scenografiach, ale właśnie jako
scenografie są doskonałe, a czytając Hellboya nie oczekuje się przecież
realizmu, tak jak nie oczekuje się go od filmów z Belą Lugosim.
Zresztą sama postać Hellboya to istny
majstersztyk. Podobno gdzieś, kiedyś (na srebrnym ekranie) ma rozterki odnośnie
swojej natury i podejmuje nieoczywiste decyzje, ale nic z tych rzeczy nie ma
miejsca w pierwszych zeszytach serii. Mimo to wydaje się tak zajebistym
kolesiem, że nie da się go nie lubić. Nie mam pojęcia jak Mignola to osiągnął. Niby
na przestrzeni pierwszych kilku zeszytów pojawiają się retrospekcje, które mają
przybliżać historię bohatera, ale wszystkie one są bardziej dodatkiem do
ukształtowanej i dawno przez czytelnika zaakceptowanej postaci. Ok, mały
Hellboy wywołuje podobne emocje co mały kotek, ale chyba akurat nie w tym tkwi
fenomen tej postaci, no i nie każdy lubi małe kotki.
Do wad serii należy
między innymi liniowość, tak jak tego słowa używają recenzenci gier komputerowych. Zawsze z
grubsza wiadomo jak fabuła będzie się rozwijała, komiksy z serii nie wciągają i
nie zaskakują. Mignola zdaje się raczej oczekiwać od czytelnika, że ten pogodzi
się z ograniczeniami konwencji (a niby koleś, który idzie do kina na horror
tego nie robi?) i skupi się na smaczkach – mrocznych sceneriach i klimatycznych
kadrach przedstawiających ich szczegóły, wymyślnie makabrycznych historiach
upiorów i oczywiście na głównym bohaterze. Dla mnie to działa – i w Right
Hand of Doom i w pozostałych częściach. Nie wiem jak dla pozostałej dwójki.
A tu nie ma wcale miejsca na słodycz, są ruiny, jest krucyfiks i są tajemnice przeszłości.
I może uznajmy, że j-rocka nigdy nie było, co?
PS. Nigdy nie widziałem filmu z Belą Lugosim.
PPS. O Matko, ale koszmarny tytuł posta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz