sobota, 10 sierpnia 2013

Hellboy: The Right Hand of Doom, czyli gra na sentymentach, you're doing it right


Tytuł: Hellboy: The Right Hand of Doom
Autor: Mike Mignola (scen., rys.)
Wydawca: Dark Horse Maverick
Liczba stron, okładka: ok. 145 stron, chyba miękka
Cena: ok. 50-60 zł
Rok wydania: 2000 (pierwsze amerykańskie wydanie)
Mój soundtrack:...
Moja ocena: 7/10

Już wiem. To nie jest tak, że mam słomiany zapał. Po prostu jako mężczyzna potrafię się skupić naraz tylko na jednej rzeczy. A że talentów i zainteresowań mam multum, to i siłą rzeczy muszę czasem odkładać na półkę jedne, żeby móc pooddawać się pozostałym. Dzisiaj na kole fortuny wypada z powrotem komiks, więc po krótkiej masturbacji nad kolekcją, do której niedawno powrócili Watchmen, przechodzę do spełnienia złożonej onegdaj obietnicy opisania Hellboya.
Hellboy wydaje się być ciekawym tematem do efektownej i nadętej analizy, bo tak się składa, że zarówno ja, jak i oboje moich (ufam, że nadal) stałych czytelników zdawaliśmy się mieć podobne odczucia odnośnie tego komiksu: niby fajny, nie no, naprawdę spoko, to znaczy niby te pierwsze numery to takie średnio, ale potem się podobno poprawia... Sam nie spieszę się z sięganiem po kolejne zeszyty, ale z drugiej strony nie mogę powiedzieć, że nie lubię tej postaci. No więc czemu tak jest?
Right Hand of Doom to drugi czy trzeci zeszyt stanowiący zbiór krótkich historyjek, pierwotnie publikowanych na łamach jakiegoś tam magazynu Dark Horse, którego nazwę z pewnością pamiętają prawdziwi fani. Mniejsza o to, ważne, że większość opowieści zamyka się na kilku stronach. Inspirację do ich tworzenia Mignola niejednokrotnie znajdował wśród strasznych baśni i legend z całego świata.
Jak byłem mały miałem taką książkę „Baśnie z całego świata”, opracowaną raczej w duchu braci Grimm niż dofinansowywanych przez Unię Europejską elementarzy uczących europejskich wartości demokracji i tolerancji. Lektura Hellboya to jak powrót do tych szczęśliwych dni. Dosłownie. Czytając nie mogę pozbyć się wrażenia, że diabeł o spiłowanych rogach łazi z pistoletem po moim dzieciństwie. Moc sentymentu bardzo pomaga Mignoli. Chwała mu za to, że potrafił te dziecinne koszmary narysować tak, żeby nie wydawały się niedorzeczne (choć wiem, że niektórych Baba Jaga jako słowiańska wiedźma-wampir drażni czy śmieszy). Nie tak dawno temu zżymałem się, że autorzy Wolverine: Noir nie potrafili uchwycić ducha Japonii w komiksie o Loganie i Mariko. Mignola potrafi idealnie uchwycić nastrój każdego miejsca: Japonii, Nowej Anglii, Norwegii czy Rumunii. Oczywiście, jego prezentacje polegają na stereotypach i właściwie wyłącznie na nich, głębi w nich tyle, co w teatralnych scenografiach, ale właśnie jako scenografie są doskonałe, a czytając Hellboya nie oczekuje się przecież realizmu, tak jak nie oczekuje się go od filmów z Belą Lugosim.
Zresztą sama postać Hellboya to istny majstersztyk. Podobno gdzieś, kiedyś (na srebrnym ekranie) ma rozterki odnośnie swojej natury i podejmuje nieoczywiste decyzje, ale nic z tych rzeczy nie ma miejsca w pierwszych zeszytach serii. Mimo to wydaje się tak zajebistym kolesiem, że nie da się go nie lubić. Nie mam pojęcia jak Mignola to osiągnął. Niby na przestrzeni pierwszych kilku zeszytów pojawiają się retrospekcje, które mają przybliżać historię bohatera, ale wszystkie one są bardziej dodatkiem do ukształtowanej i dawno przez czytelnika zaakceptowanej postaci. Ok, mały Hellboy wywołuje podobne emocje co mały kotek, ale chyba akurat nie w tym tkwi fenomen tej postaci, no i nie każdy lubi małe kotki.
Do wad serii należy między innymi liniowość, tak jak tego słowa używają recenzenci gier komputerowych. Zawsze z grubsza wiadomo jak fabuła będzie się rozwijała, komiksy z serii nie wciągają i nie zaskakują. Mignola zdaje się raczej oczekiwać od czytelnika, że ten pogodzi się z ograniczeniami konwencji (a niby koleś, który idzie do kina na horror tego nie robi?) i skupi się na smaczkach – mrocznych sceneriach i klimatycznych kadrach przedstawiających ich szczegóły, wymyślnie makabrycznych historiach upiorów i oczywiście na głównym bohaterze. Dla mnie to działa – i w Right Hand of Doom i w pozostałych częściach. Nie wiem jak dla pozostałej dwójki.
 
Dzięcięce lata, czyli z trudem powstrzymuję się, żeby nie zacząć gadać słodkim głosem. No dobra, zacząłem gadać słodkim głosem.

A tu nie ma wcale miejsca na słodycz, są ruiny, jest krucyfiks i są tajemnice przeszłości.

I może uznajmy, że j-rocka nigdy nie było, co?

PS. Nigdy nie widziałem filmu z Belą Lugosim.
PPS. O Matko, ale koszmarny tytuł posta.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz