czwartek, 15 sierpnia 2013

Fell, czyli gościu z reklamy tabletek na gardło prowadzi śledztwo


Tytuł: Fell
Autor: Warren Ellis (scen.), Ben Templesmith (rys.)
Wydawca: Image Comics, w Polsce Mucha Comics
Liczba stron, okładka: 9 zeszytów x 25 stron, w Polsce zebrane na 155 stronach, więc zapewne bez notek od autora
Cena: ok. 50 zł
Rok wydania: 2005-2008, nieukończona
Mój soundtrack: Dirty Three „Whatever You Love, You Are”
Moja ocena: 7/10

Fell to koszmar. Trzeci raz zabieram się za opisywanie tego komiksu i nadal zupełnie nie wiem jak to zrobić, żeby było fajnie. Więc nie będzie fajnie – garść suchych faktów, moja osobista opinia tu i tam, bez upiększaczy i opowiastek z serii „dawno, dawno temu w moim nudnym życiu” tudzież „co u mnie słychać”.
            Fakt numer jeden – autor scenariusza do tego komiksu i skrzypek grający w The Bad Seeds i Dirty Three nazywają się tak samo, co oczywiście nie ma żadnego znaczenia. Jednak Warren Ellis, scenarzysta, jest podobno całkiem szychą w komiksowym światku, przynajmniej na tyle, żeby móc sobie pozwolić na realizowanie ryzykownych koncepcji i ta wiadomość ma już większe znaczenie, bo Fell jest realizacją takiej właśnie ryzykownej koncepcji. W odruchu człowieczeństwa Ellis postanowił umożliwić fanom kupowanie jego komiksów zamiast wypożyczania ich z bibliotek czy czytania przez ramię w metrze. Aby to osiągnąć postanowił odchudzić zeszyt o kilka stron, co pozwoli na sprzedawanie go w niższej cenie, nie zmieniając jednak ilości „contentu”, co z kolei wymusza bardziej oszczędne gospodarowanie przestrzenią i przedstawianie akcji w bardziej zwarty sposób. Rozwodzę się nad tym, a przecież wszystko jest opisane na końcu pierwszego zeszytu, zgrabnie i przejrzyście, jak w gazetce świadków Jehowy.
            W każdym razie Fell na pewno nie dostał na starcie kredytu zaufania, bo generalnie uważam, iż scenarzyści próbujący upychać swoje fabułki na zbyt małej liczbie stron to plaga współczesnego komiksu. A na tym polu akurat Fell się broni – zwłaszcza że w miarę tworzenia Ellis zdawał się nabierać formy. Część zaoszczędzonego w ten sposób miejsca autorzy wykorzystali na stworzenie stałej rubryki kontaktu z czytelnikami, w której umieszczano fragmenty oryginalnych skryptów Ellisa (fajne) i kilka zdań przybliżających genezę każdej z historyjek (większość – historyjek, nie zdań – w mniejszym lub większym stopniu była inspirowana rzeczywistymi zdarzeniami).  Do tego garść listów od czytelników uzmysławiających światu, że Amerykanie naprawdę na co dzień mówią jak prezenterzy telezakupów: „Uwielbiam Fell i to, że kosztuje tylko $1,99 za zeszyt, wreszcie żona nie ma do mnie pretensji, że kupuję komiksy!”.
            Tytułowe Fell to nazwisko głównego bohatera – gliniarza przeniesionego za wierność swoim zasadom (ach) do odciętego od reszty świata miasta Snowtown – jednego z tych niezliczonych odciętych od świata miast, w których rządy prawa to fikcja tudzież mrzonka, w których każdy ma swoją tajemnicę, w których zło czai się w każdym nędznym, dwupokojowym, zasyfionym mieszkaniu, i tak dalej, i tak dalej. Konwencja działa - są obowiązkowe bójki, kobiety, i porażka od czasu do czasu. Kolejne zeszyty to śledztwa w kolejnych sprawach, przy czym, jak już wspomniałem, wydaje mi się, że Ellis nabierał formy w miarę tworzenia. Aż szkoda, że seria urwała się po dziewięciu zeszytach.
            Niestety rysunki, którymi Templesmith zilustrował pomysły Ellisa, są koszmarne, straszne, okropne, fatalne i zupełnie nieudane. Niby nowoczesne, niechlujne – co ma podkreślać „brudny” charakter Snowtown, w praktyce kojarzą mi się raczej z rysunkowym kolesiem, który na ekranie telewizora opowiada, że jego wieczór byłby katastrofą, gdyby aptekarz nie polecił mu Strepsils, ewentualnie z jakimiś mądrościami dla gimnazjalistek, typu: tęcza powstaje w kropli wody, więc nie martw się, bo może twoje łzy pokolorują ci życie. Oczywiście czytelnicy, w publikowanych na końcu zeszytów listach, wciskają pedał komplementów do dechy i obrazki też są „świetne, wspaniałe, i to za jedyne $1,99 za zeszyt”. Cóż, zamieszczam poniżej dwa do własnej oceny i to by było na tyle jeśli chodzi o tę wymuszoną recenzję.


Rozpoznanie gościa przetrzymującego zakładników, czyli detektyw Richard "Przez ten ból gardła nie mogę iść na tę imprezę, na którą tyle czekałem" Fell w akcji...

I chodź, pomaluj mój świat na żółto, niebiesko, czerwono i wszystkie inne kolory narkotycznych halucynacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz